|
ODCINEK I
Benvenuti a Catania!
Trudno powiedzieć, gdzie zaczyna się Sycylia. Przy wieczornym lądowaniu światła migoczą wszędzie, mnożą się w morzu i odbijają w niebie, tak więc brzeg wyspy jest mi nadal nieznany. Natomiast Katanię nocą udało mi się poznać szybko, choć w ślimaczym tempie zakorkowanych do granic możliwości katańskich ulic. W pierwszym autobusie z lotniska kierowca był tak rozkojarzony, że zapomniał mi dać znać, kiedy dojechaliśmy do placu Giuseppe Vergi, w związku z czym przewiózł mnie przez całą trasę aż po dość szemrany, jak to zwykle bywa, dworzec kolejowy. Z dworca najlepiej zapamiętałam powtarzający się na każdym stojącym tam autobusie napis: Ti trasportiamo meglio, se ci regali un sorriso (zapewnimy ci lepszą jazdę, gdy obdarzysz nas swoim uśmiechem). Zamiast tupnąć nogą, wyszczerzyłam więc zęby i poszłam szukać autobusu z bardziej przytomnym kierowcą jadącym w kierunku, z którego przybyłam. Nic nie dzieje się bez przyczyny Szybko się okazało, że ani rozkojarzenie pierwszego kierowcy, ani wałkowany w tym roku temat dialogu międzykulturowego nie wydarzyły się w moim życiu przypadkowo. Katania pachnie rybami. Choć „pachnie” to zapewne duże semantyczne nadużycie wobec tego, co atakuje nozdrza w samym centrum miasta okupowanym przez targ rybny, zwany Pescheria. To idzie tak: ciach, ciach, krew pryska, głowa odpada, nożysko w górę, potem szybkie cięcie, flaczki na stół, rybka w torbę, klient w dom, a sprzedawca gąbką po stole szuru szuru i business is done. Drą się przy tym wszyscy wniebogłosy i to w słowach, które na moje ucho mogą być tak samo nazwami sprzedawanych ryb, jak i modlitwą o deszcz. A propos nierozumienia lokalnych – dziś (8.12) jest dzień świąteczny – L’Immacolata, czyli Niepokalane Poczęcie. W katańskiej katedrze trafiłam akurat na mszę celebrującą to święto. Z kazania księdza zrozumiałam tylko tyle, że seplenił. Reszta zginęła w zaciętej wojnie między nagłośnieniem a naturalną akustyką kościoła. Witamy w krainie dialektów – każdy radzi sobie, jak może. Miasto starszych panów Gdziekolwiek się nie pójdzie, wszędzie znajdują się skupiska emerytów. Kiedy mówię skupiska, mam na myśli dziesiątki facetów pod siedemdziesiątkę, którzy ostro przeżywają w słowach i gestach swoje spotkanie. W zasadzie na głównym piazza Duomo można odnieść wrażenie, że jest się na rynku w małym polskim miasteczku, gdzie po prostu wszyscy od zawsze spotykają się po to, by trochę poplotkować. I to chyba jest takie uderzające – ludzie niby nie znają się tu, jak w każdym innym dużym mieście, a jednak każdy napotkany miejscowy jest swój. Między innymi przez to każdego turystę daje się bardzo łatwo wyłonić z tłumu. Katania jest też strasznie zaniedbana. Robi trochę wrażenie barokowego dzikiego zachodu, opuszczonego przez dawnych arystokratycznych właścicieli. Lukrowane barokowe i akantowe dekoracje budynków łuszczące się tynkiem robią dość dekadenckie wrażenie psującego się tortu. Do tego dochodzi jeszcze rzesza żebraków na ulicach, pod kościołami i przed sklepami, błotny odcień chodników i wyblakłe fasady. Takie czarno-białe miasto (wynika to podobno z samego budulca – miasto powstało z bloków brunatnej lawy). A nad tym wszystkim wielkie pozytywne słońce. O przewrotności ciał niebieskich Żeby przekonać się, jak zimne może być plus 18 stopni, wystarczy przyjechać w grudniu na Sycylię. Niby jest i plus, i osiemnaście, ale gdzieś na styku powietrza ze skórą zachodzi ostre nieporozumienie, które wywołuje zimne dreszcze. Ogólnie rzecz biorąc, słońce zimowe daje czadu, ale wilgotność ma to wszystko gdzieś. Najdziwniejsze są jednak włoskie ciała ludzkie, które pomimo bądź co bądź wysokiej temperatury pomykają przez miasto w kożuszkach i w kozakach, zupełnie jak u nas na Północy. Również po tym poznaje się turystów – jako nieliczni noszą lekkie buty i (o szczycie niemody!) tylko swetry. To, co tygryski lubią najbardziej Nie ma to jak pogubić się trochę w krętych uliczkach nieznanego miasta bez żadnych ograniczeń czasowych. Zabudowa Katanii jest przykładem architektonicznej rozwiązłości, której efektem jest wiele nieślubnych, przypadkowych budynków porozrzucanych po całym mieście (potwora nie metafora, ale niech już zostanie). Stary rzymski teatr w samym centrum miasta jest tak szczelnie zabudowany prawie z każdej strony, że aż dziw, że coś jeszcze z niego zostało do oglądania. Swoją drogą ci, co go tak zabudowali dookoła, mają wspaniały widok na samo serce amfiteatru. Po namyśle i ocenie stanu teatru dodam, że widok ten jest też – jak na teatr przystało – dość tragiczny. Poza tym jak się człowiek dobrze zgubi, to i dobrze zgłodnieje. Mój szczęśliwy nos zaprowadził mnie dziś trattorii (no dobrze, nie tyle nos, co oczy, co na widok ceraty na stołach przekazały natychmiastowy sygnał do mózgu: jest cerata, jest domowe jedzenie!), w której poczyniłam najciekawsze obserwacje tego dnia. Otóż zaraz po zajęciu miejsca przy (podkreślam jeszcze raz swojskim ceratowym) stole doświadczyłam kłótni między żoną (kucharką) a mężem (kelnerem) (chyba nie muszę dodawać, że włoska żona i jej ścierka były górą), której kompletnie nie zrozumiałam, za to po jej zakończeniu mąż (kelner) natychmiast przyniósł do sali stolik, na którym postawił telewizor dokładnie naprzeciwko mnie i włączył Rai Due. Hm, gościnność sycylijska czy sygnał, by nie przedłużać spożywania??! Potem za to było niebo w gębie – typowe sycylijskie dania pierwsze i drugie – spaghetti alla Norma (bakłażan, pomidory, parmezan, zioła, palce lizać), następnie wyłowiona wcześniej tego dnia pesce spada, czyli miecznik w sosie pomarańczowym z ziołami, a wszystko tanie jak polski barszcz. Mój mylnie wątły korpusik w takich chwilach mnie nie zawodzi – sprzątnęłam wszystko jak się patrzy, za co zostałam nagrodzona kawą i owocami (on the trattoria!). Najciekawsze jednak działo się wokół. Trattorię odwiedzają najwyraźniej stali zaprzyjaźnieni bywalcy. Przy lewym stoliku siedział taki pomniejszy Ojciec chrzestny ze swoją damą (przepraszam za to stereotypowe skojarzenie, ale może nakarmieni tą samą telewizyjną propagandą co ja, łatwiej wyobrazicie sobie tę parę), przy prawym – wielka wielopokoleniowa rodzina, która chyba co dwa kęsy zmieniała krzesło (przynajmniej tak by wynikało z łącznego natężenia ich ruchu). A naprzeciwko Rai Due. Co to był za obiad!
Skomentuj ten artykuł na forum italia-polonia.eu.
ODCINEK II
Acitrezza i Acicastello Na Sycylii kiedy pada, to pada konkretnie, rzęsiście i pod kątem prostym. Deszcz wygląda dosłownie jak nanizany na nici zwisające z nieba, które zapewniają kroplom miękkie lądowanie. A kiedy deszcz się już nasyci swoim padaniem, w jednej minucie go po prostu nie ma. Pstryk! I po deszczu. Zanim jednak przekonałam się, że tak jest, stojąc w oknie o szarym i zimnym poranku zadałam sobie poważne pytanie: co robi porządny turysta na Sycylii w strugach deszczu? (jedno już wiem na pewno – porządny Sycylijczyk zostaje w domu i nie robi nic). Otóż porządny turysta jedzie kilka kilometrów na północ od Katanii, by obejrzeć Acitrezzę, gdzie Polifem rzucał skałami w Odyseusza, a Visconti kręcił swój film „Ziemia drży”, oraz Acicastello z jej normańskim zamkiem. Obie miejscowości są wioskami rybackimi, do których z Katanii dojeżdża się, jadąc wzdłuż wybrzeża. Kiedy wyjedzie się już poza miasto i w końcu widać linię brzegową, nie można się odkleić od szyby. Jeśli spijanie obrazów ze świata jest możliwe, to opiłam się do nieprzytomności. Bazaltowy, kamienisty brzeg, o który rozbryzgują się dość wysokie fale, przechodzi od czasu do czasu w połacie krzewów i mchów i krzaczków, których zieleń można określić tylko jednym słowem – soczysta. Natomiast koloru morza nie da się tak łatwo opisać. Spieniona powierzchnia jest mieszanką całej gamy błękitów, turkusów i beżów, tworzonych przez kotłujące się w wirach piaski. W pochmurny dzień jak dziś linia horyzontu jest ledwie widoczna, a granice wyznacza jedynie ciemniejszy pasek lądu. Nic tylko stanąć i rozdziawić usta. A jak kto zdolniejszy, niech rozkłada sztalugi i maluje.
Aha, jak traficie kiedyś na zamek, koniecznie zapytajcie, w którym miejscu należy wypowiedzieć życzenie, by się spełniło. Obecnie sprawdzam skuteczność. Nie czytać na pusty żołądek! Duch nasycony, czas na ciało. Kolejnym przysmakiem sycylijskim są arancini, czyli zapiekany ryż w kształcie smakowitej gruszki. W środku ryż jest przemieszany z mięsem, warzywami i serem, a sercem takiej gruszki bywa kawałek ryby, ukryty jak wisienka w cukierku, gdzieś na dnie przysmaku. Zostałam fanką. Następnie należy spróbować najprostszej pod słońcem pasta al forno, czyli makaronu zapiekanego z czym się da. Ja w swojej porcji znalazłam szynkę, jajko, rybę, 1 (słownie: jeden) kawałek grzyba, ale może się przesunął z potrawy, która stała obok, oraz pomidory i ser. Na koniec oczywiście un caffè, czyli zabójczo mocne espresso na dwa łyki, w tym jeden łyk zawiera sam cukier. Po takiej kawie termin auto-używalności wydłuża się o jakieś dwie godziny.
Skomentuj ten artykuł na forum italia-polonia.eu.
ODCINEK III
Taormińskie wakacje Każdy turysta ma do czegoś słabość. Ja na przykład kompletnie nie potrafię się oprzeć schodom, szczególnie tym krętym, i bramom, bo wiem, że jedne i drugie prowadzą gdzieś, ale – do diaska! – nie wiem gdzie. Podczas każdego wyjazdu prędzej czy później wychodzi ze mnie prawdziwa „zajrzydziura”, która zamiast trzymać się grzecznie wyznaczonych przez ludzkość tras, lata w prawo i w lewo, w górę i w dół, zagląda we wszystkie zakamarki, aby tylko niczego nie przeoczyć. W związku z powyższym w pełni świadoma swych turystycznych praw i obowiązków mogę powiedzieć, że w miasteczku takim jak Taormina przyjdzie mi kiedyś popaść w obłęd – są tam tylko schody i wąskie pasaże biegnące od bramy do bramy. Droga do serca Taorminy wiedzie przez superzakręty Sycylijska pogoda nauczyła mnie dziś czegoś zupełnie nowego. Otóż między ewidentnie padającym deszczem a ewidentnie nie padającym deszczem jest stan smagających wilgocią bardzo ciepłych powiewów wiatru, w których nie ma nawet najdrobniejszej kropli deszczu, a które zostawiają na skórze (a w szczególności na okularach) lekką warstwę wazelinowej „mokrości”. Dla ścisłości, kiedy mówię powiewy, mam raczej na myśli wietrzne hulanki i swawole, które dość swobodnie zmieniają układ przechodniów na chodniku... Nie ukrywam zatem, że kiedy wsiadałam do autokaru, miałam wizję, że prędzej zmienimy się w samolot niż dojedziemy na miejsce, ale na szczęście miejsce obaw szybko zajęły widoki za oknem. Po zjechaniu z autostrady w kierunku podtaormińskich Ogrodów Naksos autokar jedzie wzdłuż stromego skalistego wybrzeża, a od spienionych fal dzieli go jakaś marna półmetrowa barierka. Kiedy się siedzi w autokarze, nawet tej barierki nie widać, więc powstaje naprawdę lekko przerażające, surrealistyczne wrażenie, że ciężkie, szare, wysokie fale za moment rzucą się na autokar i zrobią wielkie „am!”, czyli pochłoną go w jednym smacznym kęsie. Wyczyny samych fal przywodzą na myśl morską walkę gigantów: fale kotłują się najpierw na dwóch przeciwległych końcach, a potem rzucają na siebie i rozbryzgują wściekle na wszystkie strony. Kolosalne wrażenie. Sama końcówka podróży wygląda tak: autokar mozolnie posuwa się do przodu i do góry jednocześnie. Jedzie, jedzie, klakson – ostrzeżenie dla jadących z naprzeciwka, zakręt pod kątem 180 stopni w lewo, hop! pod górkę, jedzie, jedzie, klakson, ooops! Jakiś fiat wpakował się pierwszy, trzeba zjechać, ale nie ma gdzie, panika (pasażerowie), przekleństwo (kierowca), przekleństwo (wszyscy), zakręt pod kątem 180 stopni w prawo, hop! jedzie, jedzie... i tak póki sprzęgło, gaz, hamulce go z jezdnią nie rozłączą i aż dotrze wysoko do leżącej u podnóża Etny Taorminy, ulubionego miasta artystów, aktorów, turystów i szalonych kierowców włoskich autobusów. Miasteczko jednego dnia W moim przewodniku po Sycylii jest taki cytat: „Ten, kto może być tylko jeden dzień na Sycylii, spyta zapewne, gdzie go spędzić? Odpowiem bez wahania. W Taorminie” (Guy de Maupassant). Jest rzeczywiście coś takiego w tej miejscowości, że od razu urzeka – mała, dyskretna, pełna zaułków, choć miejscami bywa również wyraźnie ekskluzywna. Miasto jest jakby gotową scenerią do filmu – wszystko ustawione tak, by dobrze wyglądało w kadrze. Przez moment sama poczułam się jak Audrey Hepburn w „Rzymskich wakacjach” i całe szczęście, że po drodze nie było żadnego fryzjera, bo gdybym miała ciąć włosy równie drastycznie, z pewnością skończyłabym z jeżykiem na głowie. Nic więc dziwnego, że Taormina to również ulubione miejsce sławnych tego świata. Na przykład w centrum przy Piazza IX Aprile znajduje się „Wunderbar”, który serwował drinki takim gościom, jak Salvatore Dali, Marlena Dietrich czy Liz Taylor. Z mojego oglądu wynika jednak, że jest to raczej Wunderspelunka, a znani chodzili tam, bo: a) mieli blisko do hotelu; b) z baru jest genialny widok na zatokę; c) wszystko inne było zamknięte; d) skoro piła tam Dietrich, to ja też muszę. To, co naprawdę działa na zmysły w Taorminie, to zapach okolicy, który był szczególnie intensywny i wyraźny w dzisiejszym wilgotnym powietrzu. Chyba najbliższe skojarzenie, jakie mam, to skojarzenie z zapachem mieszanki kwiatów rozrzucanych podczas procesji Bożego Ciała, tylko bez tych oszałamiających dodatków kadzidła, za to z dużym natężeniem aromatu opuncji i świeżych pomarańczy, które rosną sobie tutaj bezpańsko, beztrosko i bezpestkowo. Grecy to potrafią zrobić scenę... Mawiano o nim: najpiękniejszy widok świata. Teatr grecki w Taorminie. Po wejściu na widownię, która niegdyś mogła pomieścić nawet 5 tysięcy widzów, unosił mnie nie tylko wiatr, ale może przede wszystkim duch spektaklu, który nieustannie rozgrywa się na deskach teatru, choć nie stoi na nich żaden aktor. Z najwyższych rzędów widać wybrzeże, Ogrody Naksos i przy dobrej pogodzie – Etnę. Kolumny pozbawione kapiteli, mury odarte z marmuru, a teatr wciąż dumny, wciąż niepokonany. W III wieku n.e. Greków przerobili Rzymianie, dostosowując teatr do pokazów walk gladiatorskich. Potem przyszli chrześcijanie zabrali marmur i zbudowali kościół parafialny. Cóż, z teatru zginął tylko marmur, natomiast kościół przepadł cały w niepamięci. Yes, Ser! Na obiad trzeba spróbować lokalnej odmiany spaghetti alla Norma, czyli maccheroni alla vecchia Taormina (do Normy dodaje się jeszcze cukinię i całe ząbki czosnku). Prawdziwym odkryciem, rarytasem i podniebiennym zachwytem był ser, którym się całość posypuje – nie był to tym razem standardowy parmezan, ale ricotta salata (al forno), czyli w jakiś genialny sposób zapieczona i pokruszona ricotta. Na drugie polecam filetto al gorgonzola, czyli cielęcinę w sosie serowym, choć muszę ostrzec, że wszystko, co choćby leżało koło gorgonzoli, zostawi ślad na waszym wydechu.
Skomentuj ten artykuł na forum italia-polonia.eu.
ODCINEK IV
Agrigento – deszczowa pułapka Podczas każdej wyprawy następuje dzień, w którym turysta musi podjąć decyzję, czy nadal chce mu się ruszać z domu, czy też właśnie doznał tylu przeciwności losu, że zamiast dalej walczyć z niepewnością przygody, lepiej przejść na turystyczną emeryturę. Ten dzień właśnie nastąpił. Turystyczny Armagedon, czyli po włosku Agrigento. Dobre złego początki Słońce wstało, wstałam i ja, czyli jest dobrze. Autobus odpalił, ruszył o czasie i we właściwym kierunku. Jest dobrze. Jadę do Agrigento. Znajduje się tam genialna Dolina Świątyń (Valle dei Templi), czyli greckie zagłębie świątyń Zeusa Olimpijskiego, Heraklesa, Konkordii i Hery, niektóre sprzed roku 500 p.n.e.! Jest bardzo dobrze. Trasa na południowy brzeg prowadzi przez bardzo górzysty i falisty środek wyspy, którego uroki tuż po wyjeździe z Katanii zapowiada fantastyczna panorama na Etnę. Wulkan objawia się w całej krasie – wielkie ciemne wyniesienie w białej, śniegowej czapce, którego czubek często buja w chmurach (a może chmury się go po prostu zazdrośnie czepiają? Jeszcze nie wiem, ale sprawdzę przy najbliższej okazji). Cała trasa wiedzie przez kręte zawieszone między wzgórzami drogi i wiadukty oraz bardzo ciemne tunele, których dużą zaletą jest to, że choć na chwilę zagłuszają wyjące radio kierowcy. Widoki są przednie. Sam środek wyspy to ciągnące się sady drzewek pomarańczowych i łagodne wzgórza, które wyglądają tak, jakby ktoś je nakrył zielonym suknem, takim jak czasem nakrywa się stół na akademii w szkole. Im bliżej południowego brzegu, tym bardziej zbocza robią się brunatne, zorane i uległe. Po buncie przeciw człowiekowi zostały tylko nie poddające się roli kamieniste szczyty.
Już na dworcu w Agrigento zaatakował mnie taki wściekły deszcz, że nie pozostało mi nic innego jak tylko biec w dowolnym kierunku, gdzieś, gdzie choć majaczyło suche schronienie. A spróbujcie takie znaleźć w mieście, w którym jesteście po raz pierwszy. Niby każdy kierunek jest dobry, ale potem człowiek kończy w jakiejś podejrzanej bramie, w której co prawda nie musi już walczyć z biczami deszczu, ale za to z ukrytymi tam sprzedawcami ulicznymi, którzy koniecznie chcą mu wcisnąć trzy parasole oraz 100 opakowań chusteczek higienicznych, bo wiadomo, jak się skończy takie latanie po deszczu! Uff, jak na porządny sycylijski deszcz przystało, skończył się tak nagle, jak zaczął. Pora wyjść z cienia bram. Dygresja o parasolach sycylijskich Od pierwszego dnia zastanawiało mnie, dlaczego sprzedawane na ulicach parasole mają średnicę półtora metra i zakrywają człowieka mniej więcej do pasa. Po dzisiejszym deszczowym doświadczeniu już wiem – taki parasol daje przynajmniej jako taką gwarancję stanu suchopodobnego od pasa w górę. Mój standardowy parasol z naszych nieco bardziej na północ wysuniętych okolic zadziałał jedynie jak balon, dzięki któremu latałam jak mokra Mary Poppins tam, gdzie wiatry poniosły...
Turysta na skraju załamania nerwowego Nie szukajcie centrum informacji w centrum Agrigento. Kto szuka, ten nie znajdzie. Należy iść za głosem intuicji i liczyć jak ja na swój nos, który i tym razem nie zawiódł, a właściwie to zawiódł dobrze, bo do ulicy prowadzącej do Doliny Świątyń. Nie szukajcie znaków do Doliny Świątyń. Kto szuka, ten zbłądzi. Nie dość, że do tej doliny (która w dodatku nie jest prawdziwą doliną) idzie się w nieskończoność (bo nie było informacji i nikt wam nie powiedział, że gdzieś jest jakiś autobus), to jeszcze na trasie są znaki, które najpierw człowieka kierują w jedno miejsce, następnie go zawracają, a potem się kończą. Następnie kończy się też chodnik. Człowiek brnie zatem przez błoto, bo przecież właśnie padało, ochlapują i otrębują go wszystkie przejeżdżające samochody i kiedy już widzi w oddali dolinę i pierwszą, najlepiej zachowaną świątynię Konkordii, zaczyna lać tak jak nigdy dotąd. Siecze z prawej, siecze z lewej, z góry i od dołu, a wokół tylko wichrowe wzgórza Agrigento. Ponieważ zaczęło mnie niebezpiecznie znosić na jezdnię, schować się nie było gdzie, a na horyzoncie nic tylko czarne chmury (skąd one się wzięły?!), musiałam podjąć męską decyzję o odwrocie. Decyzja to bolesna, bo nic turysty nie męczy bardziej niż brak zaspokojenia ciekawości i oczekiwań, szczególnie po trzech godzinach podróży. Gniew niedosytu i wiatr, który czasem z bocznego zamieniał się w szturchająco-popychający, sprawił, że powrotną drogę do miasta (dodam, że cały czas jest pod górkę), zrobiłam w tempie olimpijskim. Oczywiście w centrum Agrigento przestało padać, mieszkańcy wylegli z suchych domów na ulicę i dziwnie przyglądali się jednej nienormalnej turystce, która na głowie ma mokre strąki zamiast włosów, a na twarzy pytanie: po jaką cholerę mi to wszystko? Co ja w życiu doliny nie widziałam?! Dolino Świątyń, nu pogodi! Małe co nieco na pocieszenie To, co mnie jeszcze gnało pod górę spod doliny, to obietnica, jaką sobie zawsze składam w takich momentach, czyli słodka nagroda za trudy. W momentach frustracji należy szybko znaleźć bar, zamówić kawę i wielkie ciastko. Na przykład una genovese, cudowne kruche (rozpada się w rękach, rozpływa w ustach) ciastko wypełnione ricottą, na którą pokapała to tu to tam marmolada z opuncji. Tak oto frustracja przechodzi w degustację. Odkryłam też dziś świat przystawek. Polecam sformato di verdure alla crema, czyli podawana na ciepło papka warzywna w kształcie minibabki z piasku w kolorze seledynowym, otulona w ricottę i na samym wierzchu w płatki parmezanu. Na samo wspomnienie Sycylia cieknie mi do ust.
Skomentuj ten artykuł na forum italia-polonia.eu.
ODCINEK V
Podróż w cieniu Etny W Katanii jest trzech przewoźników autobusowych. Są też zatem trzy dworce, nawet niedaleko siebie, lecz na tym kończy się logika. Każdy z dworców ma nazwę pochodzącą od przewoźnika: AST, Etna Transporti, SAIS. Ale czy na dworcu Etna Transporti stoją autobusy tej firmy? Oczywiście, że stoi SAIS! A zatem zanim się wyjedzie z Katanii, trzeba najpierw przejść przez żmudny etap ustalenia, z którego dworca i z którego stanowiska odjedzie pożądany autobus. Pytanie „o której?” jest wobec powyższego tak błahe, że nie warto tym nikomu zawracać głowy. W końcu co wam po rozkładzie, jeśli stoicie na złym dworcu? Atrakcji dostarcza jednak już samo zadanie pytania. Bo Włoch zapytany musi dać jakąś odpowiedź. Zdarza się, że każdy daje inną, co jest nie tyle wynikiem złośliwości, ile przejawem pewnej nonszalancji wobec szczegółów tego świata. Włoch zapytany musi też natychmiast pomóc. Idzie więc z wami na drugi dworzec, pyta innych przechodniów, gdzie was pokierować, zatrzymuje ruch uliczny, opowiada wam historię swojego poranka i jest szczęśliwy, że się przydaje. Bardzo miłe, pod warunkiem że się wam nie spieszy. Aha, jakby ktoś miał wątpliwość, na Etnę nie jedzie się z firmą Etna Transporti, ale AST. Oczywiście. Jazda na górę (!) Na Etnę wjeżdża jeden autobus dziennie – o 8:15 przez Nicolosi, zostaje na górze i wraca o 16:30. Dziś jedzie skład: kierowca, jego znajomy i ja. Panowie rozmawiają po sycylijsku, a zatem ja nie rozmawiam wcale. Nie trwa to jednak długo. Zatrzymujemy się w Nicolosi o 9:00. Kierowca informuje mnie, że w Nicolosi następuje półgodzinna przerwa. O 9:02 idziemy zatem w trójkę do kawiarni naprzeciwko przystanku. Otwierają się drzwi... a w środku trwa disco świateł choinkowych, stół zastawiony smakołykami, z głośników leci Prince, lata osiemdziesiąte must go on, miejscowi rozgadani, barista robi kwiatka z czekolady na waszym latte macchiato... Ech! Dziwactwa baru w Twin Peaks przy tym wysiadają! Ale tak właśnie we Włoszech nawiązuje się przyjaźnie na cały dzień albo na całe pół godziny – szybko i w atmosferze spontanicznego rozgardiaszu. Na Sycylii nie należy się dziwić takiej półgodzinnej przerwie – w końcu Etna nie zniknie, a innego autobusu i tak nie ma. Należy podążać śladem i tempem tubylców i udawać, że od urodzenia też się tak zachowujecie. A jak się dobrze wczujecie w rolę, dowiecie się, że kierowca ma na imię Antonio, urodził się w Zafferana Etnea, miejscowości tuż pod wulkanem, i zna dużo ciekawostek. A na górze będziecie wy, on i śnieg. I tak przez ponad 6 godzin...
Pierwsze kroki na wulkanie Powinnam raczej powiedzieć pierwsze poślizgnięcie się na wulkanie. Cała część Etny dostępna dla pieszych turystów jest o tej porze skuta lodem, na który pada śnieg i ten śnieg od zlodowacenia dzieli może jeden stopień. W każdym razie jest tak twardy, że nie rozpuszcza się w rękach, nawet przy usilnym chuchaniu (sprawdziłam, ryzykując wyzionięcie ducha, udało mi się jedynie nadtopić bryłę śniegu zagarniętą w obie dłonie). Dziwne jest chodzenie po takiej powierzchni i najbliżej prawdy o takich ruchach są chyba właśnie Włosi, których wyraz scivolare (ślizgać się), według bardzo subiektywnej etymologii, składa się z dwóch innych czasowników, tj. sciare (jeździć na nartach) i volare (latać). Chodzenie po zimowej powłoce Etny przypomina właśnie taki dziwny taniec – krok jest naturalnie posuwisty (prawa noga wysuwa się nagle i niespodziewanie do przodu, lewa nie nadąża i zostaje mocno w tyle), a góra ciała udaje ptaka (niekontrolowane machanie rękami w celu złapania równowagi). W taki oto sposób przeszłam się po Etnie, a śniegolód pod moimi stopami robił co jakiś czas krr... krr jak parkiet, pod którym wysechł klej, więc skrzypi, a czasem nawet robił całe krrak! i lód pod śniegiem pękał. Po prostu cienki był. Krótka historia pewnej wystrzałowej góry Etna od strony południowej uśpiła chwilowo wszystkie swoje kratery, choć to właśnie z tych południowych w 2001 r. wyciekła niszcząca lawa, która podeszła aż pod samo Nicolosi. Obecnie dymią jedynie te od strony północnej. Wygaszone kratery wyglądają bardzo niewinnie, jak po odciśnięciu wielkiej kuli bilardowej lub jak ogromna, nieco awangardowa podstawka pod jajko na miękko. W jednym z barów na górze zaszczycono mnie specjalnym pokazem filmu o Etnie „Etna – il gigante di fuoco” (gigant ognia), z którego wynikało, że nazwa wulkanu ma pochodzenie greckie, a sam wulkan powstał na wskutek nacisku płyty tektonicznej, na której leży kontynent afrykański. Jeśli dobrze zapamiętałam, grecka nazwa Aitho pochodzi od czasownika oznaczającego płonąć. Moim ulubionym fragmentem z tego filmiku, głównie o historii wybuchów Etny, jest dramatyczne określenie użyte w odniesieniu do lawy: apocaliptico braccio di fuoco (apokaliptyczne ramię ognia). Oby nas nigdy nie dosięgło. na Etnie nie ma wody bieżącej – do wszystkich barów i sklepików woda dowożona jest w kanistrach. Wiosną na piaskowych, ciepłych stokach Etny w pary łączą się biedronki (zbocza góry migoczą się wtedy czerwienią w czarne kropki). Skała wulkaniczna, z której robione są wszystkie turystyczne ozdoby sprzedawane na szczycie (małe popiersia Garibaldiego, naszyjnik, żółwik czy biedronka), nie jest czysta, bo byłaby zbyt krucha, w końcu to tylko taka większa sadza, dlatego miesza się ją z różnymi utwardzaczami. Wokół czubka Etny występuje ciekawe zjawisko cyrkulacji chmur (czyli jednak to chmury się czepiają!) – kumulują się i zaczynają okrążać górę. Mała niewinna chmurka nadlatująca od strony południowej, na północy może już zrzucić na stok całkiem sporo śniegu. Mnóstwo Włochów spędza na Etnie Sylwestra – czekają wtedy aż do świtu, by zobaczyć brzask Nowego Roku. Takiego świtu się nie opisuje, bo cóż po słowach, gdy w grę wchodzą sylwestrowe emocje à l’italienne.
Skomentuj ten artykuł na forum italia-polonia.eu.
ODCINEK VI
Kamienne miasto Caltagirone Jaka ładna parkowa aleja z kamiennej mozaiki w kształcie kwiatów – pomyślałam na sekundę przed tym jak wyrżnęłam się jak długa na jednym z wyślizganych kamiennych płatków. To było o poranku w końcu roku pańskiego 2008 w Giardino della Villa, czyli parku miejskim Caltagirone. Pięknie się ta podróż zaczęła. Niektórzy jeszcze nie wypili swojego pierwszego cappuccino, a ja już zaliczyłam upadek, siniaka i wielkie ziemiste plamy na ubraniu. O sprawiedliwości losu, dowiodłaś dziś jednak, że upadek jest niczym innym jak zapowiedzią wzlotu. Caltagirone! Brudna, bo brudna, nadchodzę! La Scala, czyli schody, schody, schody Miasteczko Caltagirone znajduje się na światowej liście dziedzictwa kulturowego UNESCO oraz na trasie na południowy-zachód od Katanii. Pierwsze wrażenie jest niezapomniane – do starego centrum dochodzi się ze znacznie niższego poziomu, tak więc wzgórza Erei i Iblei, na których leży miejscowość, są od razu jasno zarysowane na horyzoncie i przyciągają niczym magnes wszystkie turystyczne opiłki. Wzgórze jest szczelnie obsadzone małymi kamiennymi domkami, nad którymi dumnie góruje kościół Santa Maria del Monte. Najsłynniejszy fragment miasteczka to schody, które prowadzą od położonego niżej Palazzo Senatorio, niegdyś siedziby władzy miejskiej, do kościoła Santa Maria del Monte – taki XVII-wieczny plan połączenia władzy religijnej ze świecką. Koncepcja nieudana, za to schody niczego sobie. To, co dla nich nietypowe, za to typowe dla Caltagirone, to fakt, że zostały wyłożone majolikowymi płytkami od stóp do głów, czyli od pierwszego do sto czterdziestego drugiego stopnia. Policzyłam osobiście, bo to straszna frajda tak sobie iść i liczyć... na jakąś fajną niespodziankę na górze.
Ceramiczna pomarańcza Caltagirone, twierdza waz, jak mawiano, jest to jedna z najbardziej znanych miejscowości na Sycylii słynąca z wyrobu ceramiki, terrakoty i kamionki, o czym przypomina sama fasada miasta. Wszędzie są donice, wmurowane płytki, balkony wyłożone majolikowymi kafelkami, no i oczywiście niekończące się wystawy ceramicznych wypieków w kształtach wykraczających poza wyobraźnię laika tego rzemiosła. Dominują wszelkiego rodzaju owoce i warzywa. Zjeść się tego nie da, ale wzrok nasycić można do woli.
Szopki bez praczki Drugą atrakcją miasteczka, szczególnie w okresie bożonarodzeniowym są wszechobecne pokazy szopek. To, że można je znaleźć w każdym kościele, nie dziwi, ale to, że w Caltagirone szopkę musi wystawić każdy szanujący się bank, sklep i urząd, to już całkiem nowatorskie. Zobaczyć tu można wszystko: szopkę z chleba, szopkę tańcząco-śpiewającą, szopkę barokową bądź całkiem współczesną, no i oczywiście szopkę duchem czerpiącą z serca miejscowej tradycji, czyli ceramiczną. W szopkach można też znaleźć wszystko – historię narodzin Chrystusa, pokaz laserów oraz całkiem spory wodospad. To, co było dla mnie prawdziwym zaskoczeniem, to to, że szopkę można również znaleźć wszędzie. Na przykład pewien salon samochodowy wystawił szopki... w historycznych Fiatach 500. Każdy przechodzień może zostać małym podglądaczem i zajrzeć takiemu fiatowi za szybkę, a że Fiat 500 niskim autem był, taki podgląd od razu staje się pokłonem dla Nowonarodzonego.
Kapucyni i tajemnice Caravaggia Stare Caltagirone jest całe kamienne. Wśród krętych uliczek na próżno szukać dorodnej zieleni, oko można zawiesić co najwyżej na jakimś mchu czy pokrzywie, które jako jedyne potrafią się przebić przez skalistą powłokę. Kamień na powierzchni, kamień na budynkach aż po same dachówki i jakimś cudem rozbrzmiewa w tym wszystkim niekończący się trel ptasi, odbijający się echem od kamiennych ścian. Idzie się przez opustoszałe miasteczko i widzi się biedę, widzi się zapomnienie i odpadający tynk, a ptaki śpiewają, zakręty się wiją i nie można się nie zakochać w tym miejscu. Jedna z takich krętych uliczek wiedzie do zakonu Kapucynów. Można tu się umówić na mały obchód po kościele i minimuzeum przykościelnym, po którym oprowadza wspaniały, przesympatyczny i ciepły zakonnik, łapiący się ciągle za głowę, gdyż zsuwa mu się z niej zbyt mała wełniana czapeczka. Kościół warto odwiedzić dla ołtarza mistrza Filippa Paladino – przedstawia on rzadką ikonę Dziewicy z Dzieciątkiem (Madonna Hodegetria), niesionej w procesji mnichów ze wschodu na zachód. Prawdziwą niespodzianką jest obraz najbardziej znanego malarza Sycylii Pietra Novellego, który przedstawia moment śmierci św. Franciszka z Asyżu, któremu aniołowie grają i śpiewają psalmy (św. Franciszek poprosił o śpiew opiekujących się nim braci zakonnych, jednak ci odmówili w obawie, że ich głosy mogłyby wzmóc cierpienie umierającego świętego. Rolę śpiewaków wzięły zatem na siebie anioły). Moją nagrodą za poranny upadek była jednak inna opowieść. Mój wciąż niepokonany ulubieniec Caravaggio odkrył przede mną swój kolejny ślad. Jeszcze przed ucieczką z Rzymu poznał tam Sycylijczyka Mario Minnitiego, z którym się zaprzyjaźnił na tyle, by uwiecznić jego twarz na kilku swoich obrazach (m.in. Bachus). Kiedy później po raz kolejny w życiu musiał uciekać podejrzany o morderstwo, tym razem z Malty, schronił się w Syrakuzach właśnie u swojego sycylijskiego kumpla z Rzymu. Kumpel ten, również malarz, miał więc wiele okazji poobserwować z bliska warsztat mistrza, również na Sycylii, gdzie Caravaggio dostał w tym czasie zamówienie na obraz Złożenie do grobu św. Łucji. Minniti naśladował swojego portrecistę i namalował w podobnej stylistyce między innymi obraz ukrzyżowanego Chrystusa na smoliście czarnym tle (a u Caravaggia chodzi właśnie o to, by było ciemno, za to nikłe światło uwydatnia resztę tak, że aż tchu brak!). A obraz ten mają teraz Kapucyni i odnalazł mnie właśnie dziś, podobnie jak szczegółowa historia pobytu artystycznego Caravaggia na Sycylii. Po tej opowieści Kapucyn poprawił czapeczkę, a mnie się poprawił humor.
Pociąg wyzwany porządnie A mówili mi wszyscy – jak masz jechać gdzieś pociągiem na Sycylii, lepiej idź pieszo. Nie chciałam wierzyć, no to dostałam za swoje. Do Caltagirone jeździ lokomotywowagon (trudno to określić inaczej, bo jest jednoczęściowe), który czasem ma tylko jeden tor, więc jak się drugi lokomotywowagon z naprzeciwka spóźni (a spóźni się), to ten pierwszy czeka, by go przepuścić, co sprawia, że czas podróży jest nieprzewidywalny. Ba, czas przyjazdu takiego zjawiska jest zupełnie nieprzewidywalny, więc co tu mówić o reszcie. Stojąc na dworcu w Caltagirone po zapadnięciu zmroku, miałam tylko plecak i nadzieję. Po piętnastu minutach po przewidywanym czasie odjazdu pociągu zaczęłam się zastanawiać, czy z perspektywy właściwego peronu możliwe jest niezauważenie przyjazdu i odjazdu lokomotywowagonu, ale uznałam, że tylko w przypadku utraty przytomności, o co się nie podejrzewałam. Po trzydziestu minutach nerwowo przypominałam sobie wszystkie hotele i B&B na mojej trasie, gdyby przyszło mi tu nocować – niestety zbyt wielu ich nie było. W dodatku między piętnastą a trzydziestą minutą przyczepił się do mnie jakiś typ, który uparcie twierdził, że pociąg do Katanii już nie przyjedzie i że on chętnie mnie podrzuci swoim samochodem. I żeby była jasność – z jego zachowania wynikało, że nie byłaby to podróż za jeden uśmiech... Wszystkie kasy zamknięte, informacji brak. Co robić? W półmroku na szczęście zamajaczyła inna postać, choć marne to było pocieszenie, bo podeszła tylko, by zapytać: czy takie spóźnienie jest normalne? Normalnie co tu odpowiedzieć?! Uff, przynajmniej typ się trochę wycofał. Wspólnymi siłami z postacią, co zamajaczyła i była mężczyzną, znaleźliśmy w jednej z gablot wyblakły numer w razie wypadku bądź innego kataklizmu na kolei. Wspólnie uznaliśmy, że mieścimy się w tej kategorii. Postać zadzwoniła i dowiedziała się, że oczywiście, że pociąg do Katanii będzie, po co ta panika, przecież jedzie, co nie? „Co nie” dojechało z godzinnym opóźnieniem, za co nawet przeprosiło komputerowym głosem, życząc wszystkim przyjemniej podróży. Jak cholera. Polemika dnia Nie będzie Maupassant mówił nam, gdzie na Sycylii spędzać dzień. Mamy swój typ już – inny gród, co Caltagirone zowie się.
Skomentuj ten artykuł na forum italia-polonia.eu.
ODCINEK VII
Syrakuzy jak rajtuzy
Teatr wielki Syrakuzy to już nie przelewki. W tym mieście trzeba się zebrać na poważne zwiedzanie. Nawet przewodniki, które zazwyczaj lubią łatwo i przystępnie pomieścić wszystko na jednej stronie, musiały uznać wyższość obecnej w Syrakuzach sztuki i historii i poświęcić miastu kilka stron. Moje zwiedzanie zaczęło się od Neapolis. Jest to część starożytna na północy miasta, gdzie znajdują się ruiny teatru greckiego, który wielkością ustępował tylko teatrom w Milecie i Megalopolis. Niestety dziś przypomina bardziej wyżłobione w skale półkole, które tylko bielą kamienia świadczy o świetności wystawianych tu prapremier Ajschylosa czy Sofoklesa. Historia rzeczywiście nie obeszła się z teatrem lekko. Najpierw przejęli go Rzymianie i przerobili na arenę walk gladiatorskich. (Tu też ciekawa historia – na scenie stały klatki ze zwierzętami, ale część z nich była pusta. Gladiator nie wiedział, do której klatki wejdzie – jeśli wszedł do pustej, nie musiał walczyć i przechodził do kolejnego etapu. Taka rzymska odmiana rosyjskiej ruletki). Następnie już w XVI w. władcy Sycylii pobudowali wokół teatru młyny. Młyny mieliły mąkę, ludzie mielili językami, a teatr znikał kamień po kamieniu. Dziś wokół teatru rozciągają się zielone łączki porośnięte stokrotkami. Wyglądają i pachną zapewne po stokroć lepiej niż lew zjadający gladiatora. Ciemność widzę, ciemność Najsłynniejszy z kamieniołomów na wyspie i w Neapolis to Orecchio di Dionisio, czyli Ucho Dionizjusza. Jest to długa na 70 m grota, do której się wchodzi przez wydłużoną wielką szczelinę, od kształtu której miałaby pochodzić nazwa. Jeśliby temu wierzyć, byłby to dowód na to, że Dionizjusz był psem. W rzeczywistości nazwę grocie nadał sam mistrz Caravaggio, który podobno (z nim to nigdy nic nie wiadomo!) odnosił się do jej kształtu. Wchodzi się do niej w pełnym świetle dnia, ale potem idzie się już w coraz większy mrok, dróżka zakręca i zapada ciemność aż człowiek ze zdziwieniem odkrywa, że walnął głową w mur, tego – wiadomo – przebić się nie da, więc pozostaje tylko zrobić w tył zwrot. Koniec kamieniołomu jest tak samo zaskakujący jak jego nazwa. W grocie słyszalny jest każdy szept, stąd też legenda, która mówi, że kamieniołom był wykorzystywany przez tyrana syrakuzańskiego Dionizjusza Starszego, który przetrzymywał w nim więźniów, gdyż dzięki jej specyficznej akustyce mógł słyszeć wszystko, o czym mówili. Nie wiem, czy to wpływ legendy, czy też samej groty, ale faktycznie każdy, kto do niej wchodzi, od razu milknie jakby w obawie, że ktoś niepożądany może go usłyszeć. I w Uchu robi się ciemno wszędzie, głucho wszędzie...
Ortygia, wyspa bardzo eklektyczna Wysepka Ortygia, połączona z resztą miasta mostem Ponte Umbertino, to najstarsza część Syrakuz, robiąca przede wszystkim wrażenie niezwykle jasnego miejskiego przyczółka. Być może wynika to z tego, że budynki zbudowane są z bardzo jasnego kamienia, przypominającego kolorem piaskowiec, a może z samej siły słońca, które rozświetlało dziś najciemniejsze zakamarki. Punktem centralnym wyspy jest plac, na którym dominuje wyraźnie Il Duomo, czyli katedra, nie dająca się jednoznacznie przypisać ani do jednej epoki, ani do jednego stylu. Fundamenty i fragment kościoła (kolumny wmurowane w północną ścianę) pamiętają stojącą tu pierwotnie grecką świątynię Ateny, inne jego części – czasy, kiedy był meczetem, choć najbardziej wyraźny charakter nadaje jej zaprojektowana przez Andrea Palmę barokowa fasada. Samo wnętrze katedry to niesamowita przestrzeń należąca do surowego kamienia i półmroku, w którym majaczą jedynie kolumny, ołtarz i wysokie sklepienia. Po tym pierwszym wrażeniu lepiej nie zaglądać do kaplic wzdłuż południowej ściany kościoła, gdyż w zestawieniu z kamiennym minimalizmem nawy głównej, atakują oczy nadmiernym bogactwem baroku. Czego oczy nie widziały, tego sercu żal Patronką Syrakuz jest Santa Lucia, św. Łucja, która zginęła męczeńską śmiercią w 304 r. Kiedy okazało się, że w żaden sposób nie udaje się jej podpalić ani poparzyć wrzątkiem, ścięto jej głowę. Jednak to, co szczególnie zapada w pamięć z życia świętej i pozwala ją łatwo rozpoznać na kościelnych obrazach, to historia, która doprowadziła do jej tragicznej śmierci. Otóż św. Łucja, złożywszy jeszcze jako dziecko śluby czystości, podobno sama sobie wyłupiła oczy, gdy ich urodą zachwycał się zakochany w niej młodzieniec. Wzgardzony chłopak poskarżył się namiestnikowi rzymskiemu, Łucję pojmano, resztę historii już znacie. W związku z tym wydarzeniem św. Łucję często przedstawia się z tacą w ręku, na której znajdują się jej oczy. Natomiast moje dzisiejsze oczekiwania naocznych wrażeń dostarczyły mi więcej rozczarowania niż przyjemności. Okazało się, że Galleria Regionale di Palazzo Bellomo, w której wisi Złożenie do grobu św. Łucji Caravaggia jest zamknięta do odwołania bez podania przyczyny. Giuseppe świadkiem – nie pocieszyło mnie nawet przepyszne arancino ani schiacciata (placek) ze szpinakiem. Jeśli wpadniesz między Sycylijczyków, jedz to co oni Zasady tej należy się trzymać nie tylko dlatego, że Sycylijczycy najlepiej wiedzą co dobre, ale również dlatego, że w tradycyjnej trattorii czy osterii coś tak wydawać by się mogło oczywistego jak karta dań po prostu nie istnieje. Jest to marnotrawstwo papieru i czasu, które łatwo daje się zastąpić wymieniającym w tempie aukcyjnym wszystkie potrawy dnia kelnerem. W takich sytuacjach towarzystwo sycylijskie również się przydaje, gdyż przekłada wam mówiącą kartę na wasze tempo, dokonuje wstępnej selekcji, a następnie wskazuje wam to, co faktycznie warto zamówić. Zacznijmy jednak od najbardziej szalonego śniadania w moim życiu po pierwsze dlatego, że nastąpiło o godzinie 12:00 (do 13:00 we Włoszech wypada, potem już wstyd), po drugie dlatego, że składało się z lodów. Otóż w upalne poranki sycylijskiego lata jada się granitę. Grudniowy poranek może do upalnych nie należy, ale w końcu było już tak naprawdę południe, a poza tym po ostatnim ociepleniu to, co dzieje się na zewnątrz, można spokojnie nazwać wczesnym latem, więc granita była w pełni usprawiedliwiona. Granita składa się z drożdżowej brioche oraz kielicha substancji na kształt sorbetów – większa warstwa ma smak migdałowy, mniejsza na górze mocno kawowy – zmieszane tworzą naprawdę ciekawą kombinację smakową, choć przede wszystkim niemiłosiernie zimną. Wyraz śniadanie nabrał dla mnie nowego lodowego wymiaru. Stare smaki w nowych kombinacjach, tak mogłabym natomiast określić pierwsze danie obiadowe. Sarde alla palermitana to spaghetti z sardynkami i sosem pomidorowym. Jeśli miałabym się jakoś ustosunkować do tej potrawy, to musiałabym przede wszystkim powiedzieć, że ogromną trudnością jest samo pogodzenie się z myślą, że sardynki nie znajdują się w konserwie, a pośród makaronu. Zestawienie jak dla mnie zupełnie nowatorskie, ale całkiem całkiem. Natomiast danie drugie to już zupełne odkrycie. Polpette di „Mucco”, czyli takie cienkie kotleciki z maleńkich rybek o nieznanej mi po polsku nazwie, obsmażone w jajku, co sprawia, że wyglądają jak małe placuszki. Małe rybki określa się również inną nazwą neonati (di pesce), czyli (rybie) noworodki, tak więc w potrawie tej jest dodatkowo ukryta jakaś kanibalistyczna perwersja, gdyż jakby nie patrzeć znaczy po włosku tyle co placuszki z noworodków. Ach, jeszcze koniecznie muszę wspomnieć o wszechobecności małych okrągłych kiosków na każdym rogu. Serwują one przede wszystkim napoje, w tym odświeżającą wodę sodową, np. o smaku pomarańczy i limonki (selz soda arancia e limone) – sok jest wyciskany z owoców wprost na waszych oczach. Po takim napoju wcześniejszy kanibal z czasów obiadu sam jest jak nowonarodzony.
Skomentuj ten artykuł na forum italia-polonia.eu.
ODCINEK VIII
P jak Palermo i jak pożegnanie z Sycylią Pewne rzeczy na tym świecie są stopniowalne – jedno miasto może być ładniejsze od drugiego, przygoda z zeszłego roku fajniejsza od tej sprzed dwóch lat. Lecz istnieje też cała kategoria zjawisk, rzeczy i miejsc, które osiągają poziom nieprzekraczalny, czyli najwyższy. Jeszcze do niedawna wydawało mi się, że coś większego od chaosu nie istnieje. A jednak. Stopniem wyższym od chaosu jest Palermo.
Na początku było Palermo Już samo wyjście z autobusu grozi utratą ręki albo nogi – autobus staje w jakiejś szalonej uliczce koło dworca, a wokół niego rozgrywają się sceny z piekła rodem. O pięć centymetrów mija go inny gigantyczny autokar, który ma do wyboru albo przejechać tak blisko, licząc na to, że nikt w tym czasie nie będzie wysiadał, albo przejechać po leżącym pod ścianą bezdomnym. Bezdomny zaś słucha na cały regulator małego tranzystorowego radia, kiwając się przy tym jak Bob Marley w czasach bujanej świetności. Następnie przebiega jakaś chodząca reklama, która życzy wam jingle bells w najlepszym salonie kosmetycznym w mieście oraz przejeżdża rowerzysta z wypisanym promilem wdychanych spalin na twarzy. Koszmar, który dopiero się zaczyna. Odbiegająca od dworca ulica Via Roma osiąga apogeum chaosu ulicznego. Ulica cała stoi, nawet cwane i wciskające się zazwyczaj wszędzie vespy nie dają tutaj rady, gdyż między autami nie ma najmniejszej szczeliny. Samochody stoją wobec siebie pod wszelakimi kątami, więc trudno nawet określić ilu kierunkowa jest ta ulica, bo dwa kierunki to to nie są. Co bardziej niecierpliwi wpychają się samochodom przed sobą w zderzaki, zdenerwowane vespy odbijają się od siebie niejednym przekleństwem, a wszyscy, dokładnie wszyscy, uderzają nierytmicznie i szaleńczo w swoje klaksony, jakby to mogło coś dać i przenieść ich w lepszy świat. Po takiej ulicy nie da się iść, na takiej ulicy nie da się myśleć, ale... da się za to kierować ruchem. Po środku skrzyżowania Via Roma z Corso Vittorio Emanuele stoi pan policjant i spokojnie macha rękami – sprawiedliwie, raz do tych na prawo, raz do tych na lewo, a raz ku niebiosom, jakby prosząc o cud, by to się wszystko w końcu rozjechało do domów i nie wracało już więcej.
Wizyta w raju i poniżej Po tak piekielnych przeżyciach trzeba szybko znaleźć jakąś błogą odskocznię. Czy zadaliście sobie kiedyś pytanie, gdzie znajduje się raj? Gdyby spytać przeciętnego Sycylijczyka – poprawiam się, przecież taki nie istnieje! – gdyby spytać nieprzeciętnego Sycylijczyka, odpowiedziałby zapewne: Cappella Palatina, czyli legendarna kaplica króla Rogera II znajdująca się w Pałacu Królewskim w Palermo. Każdy, kto wchodzi do kaplicy, robi się malutki. Ta od podłogi aż po sufit jest wyłożona mikroskopijną mozaiką opowiadającą dziesiątki biblijnych historii. Choć pierwsze wrażenie złotego przepychu jest może trochę onieśmielające, to chwilę później przychodzi zrozumienie – kaplica jest miejscem niezwykłym. Układ kolumn, łuki i sklepienie są nad wyraz harmonijne i tworzą perfekcyjną przestrzeń. Dla oka wszystko jest dokładnie takie, jak powinno być. Architektoniczny majstersztyk. Jakże mi było żal, że nie byłam w stanie pojąć wszystkich mozaikowych alegorii i odniesień, a pokrywają one całe ściany! Pomogła mi nieco pewna Polka, która oprowadza wycieczki po pierwszym piętrze Pałacu, na którym obraduje Rada Regionalna. Szczęście w nieszczęściu, dziś było posiedzenie i całe pierwsze piętro było zamknięte dla zwiedzających, więc przewodnicy zeszli niżej, akurat wtedy, gdy wchodziłam do kaplicy. Dzięki temu poznałam polską przewodniczkę, od której dowiedziałam się, że ewenementem na skalę światową w momencie powstania był rzeźbiony strop kaplicy, tzw. arabska dekoracja stalaktytowa (mukarnas). Choć układ mukarnas jest w sztuce islamu klasyczny, zupełnie nieislamskie są same wzory, gdyż przedstawiają istoty jedynie świeckie – na stropie kaplicy nie ma ani jednego świętego, ani jednej historii biblijnej. Niech mi kto jeszcze kiedy powie o współczesnej odwadze w sztuce i przekraczaniu kulturowych granic! Ponadto przewodniczka zdradziła mi, że część kaplicy zwana tronową była w planach najprawdopodobniej grobowcem. Uważa się tak, ponieważ znajduje się z tyłu kaplicy, czyli w miejscu, w którym król nigdy by nie usiadł, bo jakże mógłby siedzieć za stojącym bliżej ołtarza plebsem – przecież to on – król – był najbliższy Niebu! W ramach bonusu (chyba za samo bycie Polką) zostałam również wprowadzona do zamkniętej dla zwiedzających krypty znajdującej się tuż pod kaplicą. Krypta, która powstała wcześniej niż Cappella Palatina została następnie w XVII w. przerobiona na małą kapliczkę w niezbyt przyjaznym stylu barokowym. To, co zwraca jednak uwagę, to układ krypty będącej miniaturą kaplicy. I faktycznie chronologicznie rzecz ujmując, w kaplicy odtworzono później architektoniczny układ krypty, zwielokrotniając jedynie jej proporcje. Małe a cieszy!
Historie z tej ziemi Dzisiejszy obiad zjadłam w fantastycznym towarzystwie rozmownego właściciela baru, do którego zaprowadziły mnie moje szczęśliwe gwiazdy (a propos, życzę wam, byście dziś śnili o rozgwieżdżonym niebie nad Sycylią – to będzie piękny sen!), rdzennego mieszkańca Palermo, kochającego to miasto szczerze i otwarcie. Na początku jednak z błyskiem w oku opowiedział mi o przeżyciach podczas oglądania meczu Polska : Anglia na Wembley w 1973 r., w którym Tomaszewski zatrzymał Anglię, broniąc całą kanonadę angielskich strzałów na polską bramkę, a Lato strzelił Anglikom gola (trudno w to uwierzyć, ale polscy piłkarze kiedyś tak potrafili. Jak powiedział właściciel, są mecze, które przechodzą do historii. Nasza piłka na razie jeszcze z niej nie wyszła). Przede wszystkim jednak skorzystałam z kolejnego niezwykłego spotkania, by powyciągać ze starszego pana wszystkie możliwe ciekawostki, których w przewodnikach się nie znajdzie.
Skomentuj ten artykuł na forum italia-polonia.eu.
Ciekawostka 1 Legenda mówi, że dawno dawno temu, zanim na Sycylii zaczęła działać mafia (o której nawet w legendach się nie mówi), tj. na przełomie XVII i XVIII w., istniała religijna grupa zwana I Beati Paoli (nazwa pochodząca prawdopodobnie od zakonu św. Franciszka z Paoli). Nosili oni czarne habity i kaptury, również ich twarze były zakryte, widać było tylko oczy, przez co nie znali się nawet między sobą. Byli oni takim grupowym Robin Hoodem Palermo, antypaństwowym i antykościelnym – zabierali bogatym, by wspomóc biednych czy to jedzeniem, ubraniami, czy pieniędzmi, a także mścili wszelkie krzywdy. Pod Palermo ciągnie się cały system korytarzy, grot, katakumb i tajemnych przejść, których grupa używała, by poruszać się po całym mieście bez świadków, a także by szybko zniknąć, gdy nadciągali strażnicy miejscy. Mimo że przyświecały im wyższe cele, czyny jednak popełniali przestępcze, dlatego też z czasem grupę dopadł wymiar sprawiedliwości i ślad po jej członkach zaginął. Zostały tylko podziemne korytarze, o których coraz mniej osób wie i pamięta. Choć to mało prawdopodobne, dziś mówi się, że dali początek albo co najmniej przykład późniejszej mafii sycylijskiej.
Ciekawostka 2 Legenda mówi, że katedrę w Palermo oraz katedrę w Monreale (dwa najsłynniejsze i największe kościoły w okolicy) zbudowało dwóch braci. Kiedy ich budowa została ukończona, bracia stanęli przed katedrą w Palermo i ten, który zbudował katedrę w Monreale, spojrzał na tę w Palermo i, oszołomiony jej majestatycznym pięknem, zemdlał. Gdy już odzyskał przytomność, wszedł do środka i... nie zemdlał (wnętrze jest dość ponure i przypomina poczekalnię dworcową). Następnie bracia udali się do leżącego kilka kilometrów na południe od Palermo Monrealu, brat z Palermo spojrzał na katedrę i poczuł wyższość, gdyż ta była brzydka. Jednak kiedy wszedł do środka i zobaczył wyłożone złotymi mozaikami wnętrze, rozdziawił usta i zemdlał. Słuchaczom zostawia się wybór, na widok którego piękna lepiej zemdleć – zewnętrznego czy wewnętrznego.
Inspiracje końcowe W czasie pisania opowieści sycylijskiej natknęłam się na wypowiedzi dwóch malarzy, którym swego czasu udało się przewrócić grzeczną sztukę do góry nogami. Francis Bacon powiedział kiedyś: „Połowa mojej pracy polega na przeszkadzaniu sobie w tym, co przychodzi mi z największą łatwością”. Natomiast Pablo Picasso powiedział: „Moje ukończone obrazy mnie nie interesują. Pociągają mnie tylko te, których jeszcze nie namalowałem”, a przy innej okazji określił się, mówiąc: „Nie wszystko potrafię opisać, za to namaluję wszystko”. A gdyby tak za kilka lat móc powiedzieć coś dokładnie odwrotnego...?
Skomentuj ten artykuł na forum italia-polonia.eu.
|