Login Form



Opowieść sycylijska - grudzień 2008
Ocena użytkowników: / 6
SłabyŚwietny 
Wpisany przez Anna   
Spis treści
Opowieść sycylijska - grudzień 2008
ODCINEK II - Acitrezza i Acicastello
ODCINEK III - Taormińskie wakacje
ODCINEK IV - Agrigento - deszczowa pułapka
ODCINEK V - Podróż w cieniu Etny
ODCINEK VI - Kamienne miasto Caltagirone
ODCINEK VII - Syrakuzy jak rajtuzy
ODCINEK VIII - P jak Palermo i jak pożegnanie z Sycylią
Inspiracje końcowe
Wszystkie strony

ODCINEK I

Benvenuti a Catania!

Trudno powiedzieć, gdzie zaczyna się Sycylia. Przy wieczornym lądowaniu światła migoczą wszędzie, mnożą się w morzu i odbijają w niebie, tak więc brzeg wyspy jest mi nadal nieznany. Natomiast Katanię nocą udało mi się poznać szybko, choć w ślimaczym tempie zakorkowanych do granic możliwości katańskich ulic. W pierwszym autobusie z lotniska kierowca był tak rozkojarzony, że zapomniał mi dać znać, kiedy dojechaliśmy do placu Giuseppe Vergi, w związku z czym przewiózł mnie przez całą trasę aż po dość szemrany, jak to zwykle bywa, dworzec kolejowy. Z dworca najlepiej zapamiętałam powtarzający się na każdym stojącym tam autobusie napis: Ti trasportiamo meglio, se ci regali un sorriso (zapewnimy ci lepszą jazdę, gdy obdarzysz nas swoim uśmiechem). Zamiast tupnąć nogą, wyszczerzyłam więc zęby i poszłam szukać autobusu z bardziej przytomnym kierowcą jadącym w kierunku, z którego przybyłam.
Nic nie dzieje się bez przyczyny Szybko się okazało, że ani rozkojarzenie pierwszego kierowcy, ani wałkowany w tym roku temat dialogu międzykulturowego nie wydarzyły się w moim życiu przypadkowo.
Katania pachnie rybami. Choć „pachnie” to zapewne duże semantyczne nadużycie wobec tego, co atakuje nozdrza w samym centrum miasta okupowanym przez targ
rybny, zwany Pescheria. To idzie tak: ciach, ciach, krew pryska, głowa odpada, nożysko w górę, potem szybkie cięcie, flaczki na stół, rybka w torbę, klient w dom, a sprzedawca gąbką po stole szuru szuru i business is done. Drą się przy tym wszyscy wniebogłosy i to w słowach, które na moje ucho mogą być tak samo nazwami sprzedawanych ryb, jak i modlitwą o deszcz.
A propos nierozumienia lokalnych – dziś (8.12) jest dzień świąteczny – L’Immacolata, czyli Niepokalane Poczęcie. W katańskiej katedrze trafiłam akurat na mszę celebrującą to święto. Z kazania księdza zrozumiałam tylko tyle, że seplenił. Reszta zginęła w zaciętej wojnie między nagłośnieniem a naturalną akustyką kościoła.
Witamy w krainie dialektów – każdy radzi sobie, jak może.

Miasto starszych panów
Gdziekolwiek się nie pójdzie, wszędzie znajdują się skupiska emerytów. Kiedy mówię skupiska, mam na myśli dziesiątki facetów pod siedemdziesiątkę, którzy ostro przeżywają w słowach i gestach swoje spotkanie. W zasadzie na głównym piazza Duomo można odnieść wrażenie, że jest się na rynku w małym polskim miasteczku, gdzie po prostu wszyscy od zawsze spotykają się po to, by trochę poplotkować. I to chyba jest takie uderzające – ludzie niby nie znają się tu, jak w każdym innym dużym mieście, a jednak każdy napotkany miejscowy jest swój. Między innymi przez to każdego turystę daje się bardzo łatwo wyłonić z tłumu.
Katania jest też strasznie zaniedbana. Robi trochę wrażenie barokowego dzikiego zachodu, opuszczonego przez dawnych arystokratycznych właścicieli. Lukrowane
barokowe i akantowe dekoracje budynków łuszczące się tynkiem robią dość dekadenckie wrażenie psującego się tortu. Do tego dochodzi jeszcze rzesza żebraków na ulicach, pod kościołami i przed sklepami, błotny odcień chodników i wyblakłe fasady. Takie czarno-białe miasto (wynika to podobno z samego budulca – miasto powstało z bloków brunatnej lawy).
A nad tym wszystkim wielkie pozytywne słońce.
O przewrotności ciał niebieskich Żeby przekonać się, jak zimne może być plus 18 stopni, wystarczy przyjechać w grudniu na Sycylię. Niby jest i plus, i osiemnaście, ale gdzieś na styku powietrza ze skórą zachodzi ostre nieporozumienie, które wywołuje zimne dreszcze. Ogólnie rzecz biorąc, słońce zimowe daje czadu, ale wilgotność ma to wszystko gdzieś.
Najdziwniejsze są jednak włoskie ciała ludzkie, które pomimo bądź co bądź wysokiej temperatury pomykają przez miasto w kożuszkach i w kozakach, zupełnie jak u nas na Północy. Również po tym poznaje się turystów – jako nieliczni noszą lekkie buty i (o szczycie niemody!) tylko swetry.
To, co tygryski lubią najbardziej Nie ma to jak pogubić się trochę w krętych uliczkach nieznanego miasta bez żadnych ograniczeń czasowych. Zabudowa Katanii jest przykładem architektonicznej rozwiązłości, której efektem jest wiele nieślubnych, przypadkowych budynków porozrzucanych po całym mieście (potwora nie metafora, ale niech już zostanie).
Stary rzymski teatr w samym centrum miasta jest tak szczelnie zabudowany prawie z każdej strony, że aż dziw, że coś jeszcze z niego zostało do oglądania. Swoją drogą ci, co go tak zabudowali dookoła, mają wspaniały widok na samo serce amfiteatru.
Po namyśle i ocenie stanu teatru dodam, że widok ten jest też – jak na teatr przystało – dość tragiczny.
Poza tym jak się człowiek dobrze zgubi, to i dobrze zgłodnieje. Mój szczęśliwy nos zaprowadził mnie dziś trattorii (no dobrze, nie tyle nos, co oczy, co na widok ceraty na stołach przekazały natychmiastowy sygnał do mózgu: jest cerata, jest domowe jedzenie!), w której poczyniłam najciekawsze obserwacje tego dnia. Otóż zaraz po zajęciu miejsca przy (podkreślam jeszcze raz swojskim ceratowym) stole doświadczyłam kłótni między żoną (kucharką) a mężem (kelnerem) (chyba nie muszę dodawać, że włoska żona i jej ścierka były górą), której kompletnie nie zrozumiałam, za to po jej zakończeniu mąż (kelner) natychmiast przyniósł do sali stolik, na którym postawił telewizor dokładnie naprzeciwko mnie i włączył Rai Due.
Hm, gościnność sycylijska czy sygnał, by nie przedłużać spożywania??! Potem za to było niebo w gębie – typowe sycylijskie dania pierwsze i drugie – spaghetti alla Norma (bakłażan, pomidory, parmezan, zioła, palce lizać), następnie wyłowiona wcześniej tego dnia pesce spada, czyli miecznik w sosie pomarańczowym z ziołami, a wszystko tanie jak polski barszcz. Mój mylnie wątły korpusik w takich chwilach mnie nie zawodzi – sprzątnęłam wszystko jak się patrzy, za co zostałam nagrodzona kawą i owocami (on the trattoria!). Najciekawsze jednak działo się wokół. Trattorię odwiedzają najwyraźniej stali zaprzyjaźnieni bywalcy. Przy lewym stoliku siedział taki pomniejszy Ojciec chrzestny ze swoją damą (przepraszam za to stereotypowe skojarzenie, ale może nakarmieni tą samą telewizyjną propagandą co ja, łatwiej wyobrazicie sobie tę parę), przy prawym – wielka wielopokoleniowa rodzina, która chyba co dwa kęsy zmieniała krzesło (przynajmniej tak by wynikało z łącznego natężenia ich ruchu). A naprzeciwko Rai Due. Co to był za obiad!

Skomentuj ten artykuł na forum italia-polonia.eu.

 



 

Cambia lingua/Zmień język

Italian (Italy)Polish (Poland)

Sondaże

Patrimoni UNESCO in Polonia, quale il tuo preferito?
 

Kto jest online

Naszą witrynę przegląda teraz 6 gości